
Jesteśmy już w połowie lipca - pół roku przeleciało jak biczem strzelił... Można by zatem podsumować najbardziej pracowity okres w życiu ogrodnika, czyli wiosnę 2013...
Nam udało się tej wiosny sporo zdziałać, częściowo przebudować ogród, stworzyć nową rabatę, udoskonalić inne... Przed nami - o ile da się to w tym roku zrealizować - projekt Klepsydra ;-), czyli rabata reprezentacyjna, prowadząca od zachodniej strony schodów tarasu aż do oczka wodnego... zarys pomysłu jest, wstępnie wybrane nasadzenia też, tylko działać... niestety lipiec to dla mnie także rozstanie po wielu latach z obecną jeszcze firmą, tak więc musimy ostrożnie szafować z wydatkami. Mam szczerą nadzieję, że damy radę wykonać plan.
W czerwcu mieliśmy okazję spędzić cudowne dwa tygodnie na Maderze - wyspie wiecznej wiosny, przyjaznego otoczenia, pysznego jedzenia, win i zapierających dech krajobrazów - na długo pozostaną w naszej pamięci!
Pierwsza połowa roku była bardzo intensywna i mimo, że lato teoretycznie sprzyja odpoczynkowi, to chwasty, choroby grzybowe ani komary nie śpią, jest więc co robić!
Tyle tytułem wstępu, teraz - tradycyjnie - trochę historii naszego ogrodu, którą chętnie powtarzam, głównie dla nowych gości:
Moje pierwsze doświadczenia w obcowaniu z przyrodą zaczęły się we wczesnym dzieciństwie... Miałam to szczęście urodzić się w domu z ogrodem, w którym prym jedyny i absolutny wiodła babcia... jej ukochanymi roślinami, wręcz podziwianymi przez przechodniów, były róże... Czasami mam piękny sen, że wszystkie róże z babcinego ogrodu nagle znajduję w swoim obecnym... to błogie marzenie...
W tym czasie ogród mnie szczególnie nie pociągał, chociaż naprawdę doceniałam jego piękno...
Przebywając na wakacjach u drugiej babci na wsi, miałam do czynienia z innego rodzaju przyrodą, tą naturalną, mniej ujarzmioną, z lasami pełnymi grzybów i jeżyn, z sielskimi krajobrazami, uprawnymi polami, zbiorami plonów, domowym inwentarzem...
To wszystko mnie ukształtowało i ugruntowało w przekonaniu, że kiedyś muszę mieć własny kawałek ziemi...
Mam! Od sześciu lat zajmuję się tym, co kocham przeogromnie... PanM - czyli mój towarzysz życia na dobre i złe - wynalazł działkę: las brzozowy - położony w dodatku w bliskim sąsiedztwie ziemi moich dziadków... Nie zastanawialiśmy się ani sekundy. W maju zakup, we wrześniu ruszyła budowa domu, we wrześniu następnego roku powstały pierwsze zarysy rabat i nasadzenia...
Ogród daje mi siłę i energię do walki z codziennością; jest odskocznią od wszelkich stresów i pogoni za dobrami doczesnymi nowoczesnego świata... Dziękuję, że mam Was - oddanych, szczerych, zawsze życzliwych przyjaciół-ogrodników

To tyle historii...
Dla przypomnienia, nasz ogród uprawiamy w podwarszawskiej wsi, liczy on sobie 1300m, a położony jest wśród brzóz.
Staramy się z PanemM tworzyć ogród naturalny, mający ramy iglasto-liściaste, uzupełniany przez krzewy róż, hortensji, traw, różaneczników i wrzosów...
Zapraszam na spacer po lipcowym ogrodzie, w którym jeszcze królują róże, a za chwilę stery przejmą hortensje i wrzosy:











































